Dzwonek szkolny

Dzwonek szkolny

Wrzesień zawsze jest inny. Nie wiem czemu ale dla mnie ma
taki wymiar jakby coś kończył. I nieważne czy są to te dwumiesięczne wakacje, które
tak naprawdę ma tylko jakieś 15 % ludzi w naszym kraju. Czy może dlatego, że
jakby każdy budził się po urlopach z energią do pracy? Czy może już spacery w
chłodne wieczory z psem kiedy wyciągamy pierwsze grube swetry? Czy może
pierwsze słoty?

Nie wiem…

 

Przez wiele lat wrzesień był dla nas bardzo intensywny ze
względów zawodowych. W tym roku pierwszy raz jest w tym sensie spokojnie. Ale
jak zawsze pojawia się mimo to masa problemów związanych z codziennym życiem.
Jest tych problemów czasem tyle, że mówimy już raczej o nich jako o zadaniach,
które po prostu trzeba rozwiązać. Jak na matematyce.

 

I w tym roku sierpień kończy się dość smutno dla nas.
Wrzesień też na razie nie jest za dobry.

 

Może dlatego, że to życie dorosłe ( a czuje to tak bardzo
odkąd sama jestem mamą) takie ciężkie i pełne wyzwań, często uciekam
myślami  do czasów kiedy byłam młodą
dziewczyną. Jak zawsze, mogłam po prostu zasnąć z problemami typu w co się ubiorę, ach tak chciałabym tą nową
płytę Stinga, czy jutro będzie nudno na lekcjach/ zajęciach.
Nieważne były
problemy dnia codziennego. Mama dbała o pełną lodówę,  wspólne wypady do galerii handlowej czy parku
na rowery. Nic tylko brać garściami!

 

Przy okazji początku września wracam myślami do swoich lat
szkolnych. Co zostało w tych wspomnieniach?

 

Stare mury i ogromne przestrzenie- chodziłam do wyjątkowej
szkoły bo nie dość, że artystycznej to jeszcze łączonej z liceum ( podstawówka
trwała na szczęście 8 lat), więc od małego smyka można było tam być aż do
młodzieży.  Był to stary budynek w
centrum miasta z ogromną aulą, masą dzieciaków, nauczycieli i instrumentów.  Spędzaliśmy w tej szkole prawie cały dzień,
ciągle się na coś czekało. Po zwykłych lekcjach czekało się na „muzykę”, po
muzyce na chór  i jeszcze tam na coś. Tak
więc życie toczyło się właściwie tam. Nie było czasu na zajęcia dodatkowe bo
one były tam!

 

Budka telefoniczna- dzwoniłam z niej na telefon domowy (!)
do mamy bez wrzucania monet bo odkryliśmy taki fajny mechanizm, że pierwsze
dwie, trzy minuty połączenie trwało i dopiero potem trzeba było wrzucać monety.
W te trzy minuty zawsze zdążyłam powiedzieć o której będę w domu, czy jadę na
basen czy siatkówkę.

 

Właśnie- siatkówka- to chyba była moja najlepsza i najbardziej
intensywna zajawka sportem. Uwielbiałam te zajęcia mimo iż padałam po całym
dniu na twarz.

 

Nieustająca muzyka– w mojej szkole ciągle było słychać
muzykę. A to próbę chóru, a to próba orkiestry, a to rozgrywanie się puzonów
czy trąbek.  Do tej pory gdy przechodzę
obok tej szkoły to się uśmiecham.  Mimo
tej muzyki, wszyscy zawsze wszystko wiedzieli, nauczyciele nie musieli
krzyczeć, o radiowęźle czy innym monitoringu nikomu się nie śniło.

 

Bezpieczeństwo– mimo iż często sama jechałam do szkoły lub z
koleżankami, mimo iż nieraz byłam w szkole do późnego popołudnia to zawsze
czułam się tam bardzo bezpiecznie. Teraz już chyba tak nie ma.

 

Jazda tramwajem– już od małego brzdąca jeździłam do szkoły
tramwajem. Najpierw  z koleżanką i jej
mamą, potem często sama albo z innymi koleżankami. Nuudy na pudy, drogę znałam
na pamięć i najeździłam się tramwajami za całe życie ale myślę o tym czerwonym
starym rzęchu z sentymentem.

 

Pierwszy przyjaciel– najpierw jak każda dziewczynka chciałam
mieć koleżanki. Zawsze miałam z tym duży problem i chwilowo koleżanki były ale
najbardziej wspominam mojego prawdziwego przyjaciela. Takie czyste koleżeństwo którego
w życiu dorosłych ciężko szukać.

 

Beztroska- kiedy
będzie ten dzwonek, czy teraz zjeść śniadanie czy może na następnej przerwie?

Chodzenie za rączki po korytarzu tam i z powrotem.  Cudowne problemy do których mamy prawo właśnie
w podstawówce.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zdjęcia wykonaliśmy na Targu Śniadaniowym gdzie piknikowaliśmy w niedziele.