Wychowujemy (nie)loty.

Wychowujemy (nie)loty.

Plac zabaw. Zbiegowisko osobowości, środowisk, zlepek biednych i bogatych, markowych i „lumpeksowych”. Dzieci i ich rodzice. Dzieci zawsze się dogadają. Najbardziej przeszkadzamy im
my -rodzice. 
 

 

Matki nienawidzą mnie na placu zabaw, ponieważ jako jedyna z niewielu siedzę na ławce i nic nie robię. Nic nie robię. Nie przeglądam fejsbunia, nie robię zdjęć, nie czytam gazety. Patrzę na moją córkę. Patrzę i jestem w pogotowiu. Ale patrzę biernie. Nie bawię się z nią, nie stoję nad zjeżdżalnią, nie asekuruję na huśtawce. I wreszcie nie wtrącam się w jej nowo zawarte znajomości. To plac zabaw, miejsce dla dzieci, a więc daję jej czas i swobodę w budowaniu własnych relacji.

Ale niestety nie jest to takie proste. Z mojej ławeczki widzę taki obrazek: piaskownica, w niej jakaś dziesiątka dzieci w wieku Majki, a nad nimi rodzice jak stado srok, skrzeczą: nie rób, oddaj dziecku, nie syp, kop, nie kop, nie tarzaj się, daj mi, po czym któraś odważniejsza wchodzi do piaskownicy i zabiera dziecku, obcemu, i daje swojemu zabawkę, bo przecież bawił się pierwszy.

 

Albo taki obrazek: podbiega chłopczyk, troszkę młodszy, w asyście mamy do Majki i ją uderza z przysłowiowego liścia w twarz i górną część ciała. Maja odsuwa się i mówi: „Nie!”. Mama chłopca: „On się chce tak przytulić…” i patrzy na mnie porozumiewawczo. Ja nie rozumiem porozumienia, więc mówię Majce: „Powiedz ‘nie’ jeśli nie chcesz.” I tak zostajemy z szokowanymi buziami bo chłopczyk dalej oklepuje Majkę a matka usilnie tłumaczy, że to tylko przytulaski.
 

 

Albo taka sytuacja: Wchodzi dużo starszy chłopczyk, jakieś 6 lat jak nic, i słyszę jak mama mówi do Niego: „Uważaj, bo może Cię uderzyć huśtawka.” Czy on jest drugi raz w życiu na placu zabaw? Czy może długo chorował i nie wie o co tu chodzi? Matka przez cały pobyt na placu asekuruje chłopca na każdej zabawce.

 

I jeszcze jedna scenka, z jednym dzieckiem wchodzi na plac czterech dorosłych, dziecko wchodzi na zjeżdżalnię, za nimi zjeżdża… jedna z kobiet (!), wszyscy biją brawo, podnoszą głosy wchodząc w taki szczególny dziecięco – dorosły ton. Pełna ekscytacja.
  A najbardziej lubię te sceny z cyklu: „Ja wiem lepiej, to ci pomogę!” Majka rysuje swoją kredą po asfalcie. Odchodzi na chwilę. W międzyczasie podchodzi dziewczynka i zabiera kredę. Majka wraca, nie ma kredy, dobiega do dziewczynki i ją odbiera. Na co podchodzi tata dziewczynki i mówi do Mai: „Oddaj, bo moja córka się tym bawiła.”

 

Rodzice trzymają dziecko, asekurują , dają trochę „polizać” tej zabawki, trochę innej, dziecko zanim zrozumie jaką frajdę można mieć, to już jest odciągane przez zniecierpliwionego rodzica. Dziecko wychodzi w rozpaczy, matka zestresowana, ale przecież to tylko bunt dwu-, trzy-, cztero- latka.  Majka spędza na placu zabaw jakieś 3 godziny, poznaje trójkę, czwórkę nowych przyjaciół. Obiega i korzysta do woli z każdej zabawki. Zmęczona i szczęśliwa sama podchodzi do mnie i mówi że już idziemy do domu.

 

Wychowujemy nieloty! Robimy wszystko za nich! Rozwiązujemy ich konflikty. Nasze dzieci nie mają szans na pobawienie się w swoim towarzystwie w sposób niekontrolowany. Albo mają kontrolę przedszkolanki, albo naszą. A gdzie czas na własne relacje? Ich małe kłótnie, po czym rozwiązywanie konfliktu w swój własny, dziecięcy sposób? Gdzie podchody, bieganie po osiedlu, picie z jednej butelki, bieganie na bosaka.
Z lektury różnych blogów wnioskuję, że jestem raczej odosobnieniem w moim myśleniu, ale może się mylę? Może macie na ten temat swoje przemyślenia?
 

 

Wszystko zależy oczywiście głównie od dziecka. Ja wiem, że moja Majka sobie poradzi w trudnych sytuacjach.
Jeśli nie, to zawsze ma mnie i może do mnie przybiec.
A jakie jest Twoje zdanie?

  • Podejście idealne! I tak właśnie powinno być 🙂 Aktywna obserwacja – pozwólmy dzieciom samodzielnie poznawać świat i budować wzajemne relacje. Pozdrawiam inteligentną mamusię 😉

  • Generalnie się z Tobą zgadzam, z całym tekstem, ale najbardziej w kwestii że każde dziecko jest inne. Np ja należę do rodziców biegających za dzieckiem bynajmniej nie dlatego, że to jakaś moja koncepcja wychowawcza. Zo po prostu prosi mnie o towarzystwo, a skoro chce żebym jej towarzyszyła to to robię, chociaż czasem wolałabym tylko obserwować;)

  • mysle tak jak moja poprzedniczka, ze wszystko zalezy od dzieci. jedne wymagaja uwagi i ciagle wolaja, mamo pobaw sie ze mna, mamo popchaj mnie na hustawce, mama zbuduj mi zamek z piasku. inne dzieci to samotniki, wola godzinami kopac kamyczki w ziemi.
    mysle, ze warto pozwolic dziecku na realne zdrowe spięcia pomiędzy nim a jego rowiesnikami i tak jak piszesz, byc w pogotowniu gdy bedzie w potrzebie.

  • Też wychodzę z założenia, że dziecku trzeba dać przestrzeń na naukę właściwego reagowania, na samodzielność, kreatywność. Reaguję w sytuacjach, w których wiem, że to może przerosnąć moje dziecko ze względu na jego dojrzałość.