Nie chcę takich świąt!

Zupełnym przypadkiem wpadam do jednej z galerii po kilka drobiazgów spożywczych. Na moje nieszczęście jest to sobota późne popołudnie. Co gorsza, jeden z ostatnich weekendów przed świętami Bożego Narodzenia.  Już na parkingu szukam miejsca przez 20 minut, wreszcie parkuję na dachu galerii, zjeżdżam trzy piętra do spożywczaka,
a zewsząd atakuje mnie okropny hałas i dziki tłum. W butikach kolejki do kas, w popularnym sklepie z zabawkami kolejka wychodzi na korytarz. Płaczące, zmęczone dzieci, wkurzeni i zniecierpliwieni rodzice, marudne pary i osoby starsze. Wszyscy kupują, bo trzeba, bo wypada, bo trzeba się pokazać!

 
Wracam do domu. Maja po udanym dniu z tatą, rysowali, wyklejali, odpoczywali, lubię takie dni kiedy są tylko dla siebie.
Włączam Internety. I znowu tłum i hałas – na facebooku masa poleceń, niusów ze sklepów internetowych: „A to super modna zabawka i jak kreatywna!”, „Stylowe ubranka na wigilię dla ‘Twojej gwiazdeczki’, a no i do pary dla Ciebie by tak fajnie i bezproblemowo wyglądać!”.
 
Blogerki prześcigają się w rankingach prezentowych, oczywiście super mega kreatywnych i stymulujących Twoje dziecko idealnie do jego wieku. Cena powala…
I tak od połowy listopada.
Już nie pamiętam trochę o co w tym wszystkim chodzi. Święta?
To przecież teraz jedno wielkie żarcie! I fizyczne i metaforyczne.  Od listopada po telewizorze już jeździ świąteczna ciężarówa ze znanym napojem. Kot śpiewa amerykańskie kolędy po polsku, między bajkami reklam dwa razy
więcej niż dotychczas – muszę wyłączać telewizor między bajkami, aby nie torpedować Majki niepotrzebnymi migawkami.
Ciąży na nas ogromna odpowiedzialność, aby przekazać Majce obraz świąt spokojnych, z dziadkami, z kolędami. Bez tony prezentów na siłę.
Aby pamiętała, że to wyjątkowy czas, ale nie w telewizji czy w sklepach.
Wyjątkowy w domu, razem, z książką albo albumem ze zdjęciami. Niespiesznie.